Mikel Arteta spróbował wziąć te skomplikowane przenosiny na własne barki, chwycił za telefon i zadzwonił bezpośrednio do argentyńskiego napastnika po raz kolejny w ciągu ostatnich 48 godzin – bez zerkania na to, jak potężnie skomplikowane potrafią być rozmowy, gdy w tle pojawiają się wielkie emocje, ogromne ambicje gracza i spory finansowy opór. Zero miękkiej gry. Zaraz po tym, jak jego zespół pewnie rozbił Manchester City 3:0 w starciu o Tarczę Wspólnoty na Principality Stadium – dzięki trafieniom Riccardo Calafioriego i Kai Havertza z pierwszej połowy oraz bramce wybranego graczem meczu Martina Odegaarda tuż po przerwie – hiszpański menedżer otwarcie przyznał, że był nieco zaskoczony tak dobrym występem po okresie przygotowawczym, w którym testowano aż 8–9 zawodników. Urazy Jurriena Timbera i Williama Saliby zmusiły klub do poszukiwań nowych graczy w defensywie i w ataku. W kadrowym zestawieniu na ten mecz zabrakło przecież Gabriela Martinelliego oraz Gabriela Jesusa, którzy są mocno łączeni z wyjazdem do Włoch i Turcji, a w tle majaczy przecież jeszcze pozyskany niedawno skrzydłowy Christos Tzolis. Arteta publicznie narzeka, że od tygodni walczy z władzami Premier League o powiększenie kadry meczowej, ale równolegle bezskutecznie próbuje przekonać 26-letniego gwiazdora Atletico Madryt.
Londyńskie kuszenie i zaryglowane drzwi w Madrycie
Rzeczywistość potrafi uderzyć chłodem tak samo sprawnie, jak nagły deszcz na otwartym sektorze przed pierwszym gwizdkiem, kiedy człowiek stoi z tanim napojem w ręku i próbuje ogarnąć skomplikowaną logikę piłkarskiego rynku. Mimo że korespondent beIN Sports w Barcelonie Basel Tabbal podaje, iż władze z Madrytu nie stawiałyby żadnych przeszkód przy transferze do stolicy Anglii, Julian Alvarez stanowczo odrzucił perspektywę przenosin na Emirates Stadium. Zarząd Atletico uważa przeprowadzkę na Wyspy za rozwiązanie znacznie bardziej do przyjęcia, byle nie wzmacniać bezpośredniego rywala w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Gracza to nie interesuje. Napastnik zaryglował drzwi i kurczowo trzyma się wizji występów w Katalonii. Działacze z Londynu próbują wykorzystać te napięte relacje na swoją korzyść, ale dla każdego, kto analizuje zakłady bukmacherskie i szanse w letnim okienku, taka postawa oznacza kompletny pat.
Odbijanie piłki między Madrytem a Katalonią
Gdy przypomnimy sobie wydarzenia z przełomu czerwca i okresu mistrzostw świata – na których Alvarez dotarł z reprezentacją Argentyny do samego finału – pierwsze rysy na tej relacji pojawiły się w momencie, gdy zawodnik ogłosił chęć odejścia. Rozmawiał z przedstawicielami klubu i uznał transfer za najlepsze wyjście dla wszystkich stron. Chciał spełnić swoje marzenia. Podczas samego turnieju świadomie unikał publicznych deklaracji, żeby nie dekoncentrować kolegów z kadry narodowej. Dziennik SPORT podawał nawet, że Barcelona wyznaczyła wewnętrzny termin na 31 lipca, licząc na to, że 26-latek otwartym oświadczeniem wywrze presję na władzach Atletico, które mimo wcześniejszych obietnic odmówiły zgody na transfer po sezonie.
Sytuację zaostrzył powrót zawodnika do treningów pod oko Diego Simeone. Dziennik AS twierdzi, że madrycki klub czeka na przeprosiny ze strony zawodnika i jego powrót do pełnego zaangażowania na boisku, kategorycznie odmawiając jakichkolwiek negocjacji z Barceloną bez względu na spekulacje. Z kolei Katalończycy stoją przed wyjątkowo trudnym wyzwaniem – chcą sprowadzić Argentyńczyka do linii ataku, ale wysokie żądania finansowe Atletico stanowiłyby gigantyczne obciążenie dla ich klubowej kasy. Napastnik znalazł się w zawieszeniu, Arteta ponawia nieudane próby telefoniczne, a okienko nieubłaganie zmierza do końca.



